Serce na pustyni

Udostępnij post

Ostatnio pod wieloma względami czułam się jak na pustyni…. Intensywność życia w dużej rodzinie z niemowlęciem na pokładzie plus dynamika życia w czasach pandemii są dla mnie często trudne. Ale szczególnym wyzwaniem okazało się moje szlachetne zdrowie, które w minionych miesiącach szwankowało. Nie bardzo poważnie ale na tyle intensywnie, że przez kilka tygodni byłam wyłączona z bardzo wielu aktywności….

Strój ochronny na ekspedycję do garażu po jabłka 😀

I to właśnie wyłączenie było dla mnie trudne. Trudno mi było ograniczyć życie towarzyskie,  aktywności kulturalne, wyjazdy, pewne standardy prowadzenia domu. Trudno mi było rezygnować z kolejnych planów. Trudno mi było godzić się na to, że moja rodzina robi coś inaczej niż ja bym tego oczekiwała. I że w ogóle tyle mam w sobie oczekiwań! I… że mój mąż funkcjonuje zupełnie inaczej niż ja! Momentami byłam tym wszystkim przytłoczona, i przygnębiona. Nie mogłam znaleźć jakiegoś światła w tunelu, jakiejś nici Ariadny, która by mnie wyprowadziła z tego pustynnego chaosu.

 

spotkanie ze sobą

I co jest moim odkryciem tego trudnego czasu? Po pierwsze, że już sam ten trud był dla mnie darem – czasem rozwoju! Że to wycofanie się było dla mnie szansą na spotkanie się ze sobą. I to nie było łatwe spotkanie. Ciągle zajęta i aktywna nie poświęcam często uwagi potrzebom męża, dzieci i swoim… skupiam się na zadaniach i celach… A w chorobie – miałam więcej czasu na modlitwę, na cudowną książkę i na jedzenie pysznego jedzonka w łóżku! No i po drugie… miałam czas, żeby sobie przypomnieć, że w tym wszystkim i tak najważniejsza jest miłość, która się realizuje przez czas i uwagę, serdeczność i czułość. I to wszystko mogę dawać moim bliskim przede wszystkim i kiedy tylko mogę. Ale dawać to też sobie!

Trudno więc było chorować… trudno konfrontować się z tyloma brakami w życiu. Tyloma sytuacjami, które przebiegają inaczej niż ja bym chciała… ale takie pozbawienie zewnętrznej satysfakcji kazało mi, a może pozwoliło mi spotkać się z moim sercem. W którym jest po prostu przede wszystkim potrzeba miłości – przyjmowania jej i dawania. A kiedy jestem tak aktywna, to czasem tak szczelnie wypełniam moje życie, że chowam tę moją potrzebę przyjmowania i gubię pragnienie dawania.

spotkanie z bliskimi

Dobrze więc, że moje serce wybrało się na pustynię…. że doświadczyło tej suszy i jakiejś nagości… Mogłam odkryć, że to w nim jest źródło wszystkiego, co mnie tworzy, czym żyję, co ma dla mnie sens… Mogłam się na nowo otworzyć na męża i dzieci… I dbać teraz więcej o kontakt z tym sercem!

I to są malutkie sprawy. Masaż ramion Tomka,  zabawa po szkole z Niką i Tadzikiem w rozpoznawanie zapachów, powrót do mojego notesu z wieczornymi zapiskami – po prostu większa uważność na chwile, które mogą być piękne! Oczywiscie po chorobie znów mogę też wrócić do dłuższego czasu na wyłączność….. Bo jestem kochana i kocham…. i ciągle się uczę…. 🙂🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.