Imbirowa wielodzietność

Udostępnij post

Dlaczego wielodzietność? Dlaczego imbirowa? Chcę dziś napisać o smaku mojej wielodzietności. I taka metafora przyszła mi do głowy i podoba mi się, jakoś mi pasuje…

 

Dlaczego wielodzietność?

Tomek jest młodszym z dwóch braci, ja jestem najstarsza z trzech córek. I poza oczywistymi plusami układów, w których wyrośliśmy widzieliśmy też sporo ich minusów:

  • utrwalenie w rodzinie stałych ról, które potem wnosimy w inne relacje (ja wciąż mam tendencje do bycia starszą siostrą!),
  • trudna pozycja środkowego dziecka w trójce,
  • stosunkowo mało możliwości tworzenia zespołów do zabaw, negocjacji, wspierania się emocjonalnego czy naukowego,
  • potencjalnie duża obecność rodziców w życiu dzieci stwarzająca ryzyko spowalniania samodzielności dzieci

Takie minusy widzieliśmy, kiedy planowaliśmy naszą rodzinę. Więc od samego początku chcieliśmy mieć czworo dzieci. Chcieliśmy, żeby w naszej rodzinie miały możliwość:

  • wchodzenia w różne relacje bez wychodzenia z domu 🙂
  • dostrzegania potrzeb innych,
  • dbania o swoje potrzeby i granice,
  • czasem zrezygnowania ze swojej koncepcji a czasem przyjęcia rezygnacji kogoś innego,
  • doświadczenia, że wokół są bardzo różni ludzie, każdy ma inne talenty i niektórym możemy czegoś zazdrościć, a innych czegoś nauczyć,
  • doświadczenia samodzielności i wolności w układzie, w którym siłą rzeczy my nie będziemy stale pilnować i kontrolować wszystkich ich poczynań (co w mojej praktyce “starszej siostry” i tak wygląda różnie 😉 )

Czy to się sprawdza?

No i po 16 latach mamy czworo dzieci, które bardzo, bardzo marzyły o kolejnych – najlepiej bliźniakach ;))

Wkrótce urodzi się więc Stefania! O tym, jak się czuję czekając na nią pisałam tu (i cieszę się, że tak wiele mam dziękowało mi za ten wpis, w którym bardzo się odnalazły…). A teraz myślę sobie o szerszym aspekcie. Imbirowa wielodzietność. Jak się w niej czuję? Jak czują się dzieci? Mąż?

Na pewno wielodzietność jest dla mnie ciągłym polem rozwoju osobistego. Nie doświadczam zasiedzenia, które w moim przypadku mogłoby prowadzić do jakiegoś rozleniwienia czy wręcz gnuśności. Poczucie bezpieczeństwa lokowane w jakiejś stabilitas organizacyjnej, finansowej, czasowej. Stały rytm dnia, pracy i rekreacji, porządek i wszystko pod kontrolą – taki układ wciąż jest dla mnie tak bardzo pociągający… a życie w rodzinie, zwłaszcza większej, wciąż stymuluje do elastyczności, do większej sprawności organizacyjnej a jednocześnie umiejętności rezygnowania z tego co mniej ważne. Do dostrzegania potrzeb człowieka, który jest obok tu i teraz.

Dzieci umieją robić dużo rzeczy w domu. Umieją się zorganizować i współpracować. Uczą się czasem ustępować, uczą się dzięki temu, że czasem pomagają sobie nawzajem w nauce.

 

Wielodzietność – czy jest trudno?

Pewnie, że czasem jest trudno. Kiedy rano się spieszymy, a Tadzik wstanie lewą nogą i nie współpracuje, kiedy ktoś skądyś przyniesie wszy i musimy wszyscy profilaktycznie obsmarować głowy kleistą mazią, a następnie wyprać 6 kompletów pościeli, ręczników, piżam, przytulanek, czapek, bluz i kocyków…., kiedy dzieci się kłócą, a ja mam tego dość i też zaczynam na nie krzyczeć, kiedy włączam nadmierną kontrolę i wszystkich ustawiam po kątach… Kiedy jestem zmęczona i dopiero po czasie dochodzi do mnie, że zawiodłam czyjeś oczekiwania, nie odpowiedziałam na potrzeby… kiedy trzeba sprawdzić, czy 6 osób ma zestaw ubrań i butów na zimę 🙂

I co? I to wszystko jest piękne! Niedawno, kiedy leżałam sobie rano w łóżku w sobotę, a dzieci same grały w planszówki (ha!) to wzruszyłam się do łez świadomością tego, że przy każdym kolejnym dziecku doświadczaliśmy analogicznego zjawiska – dopóki nie widzimy naszego nowego malucha nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że w naszych sercach będzie miejsce dla kogoś jeszcze. A kiedy ten nowy człowiek jest już z nami i tworzymy razem rodzinę rzeczą absolutnie niewyobrażalną jest myśl, że mogłoby go nie być. Tego cudu, tego skarbu, tego delikatnego płomyczka, który stopniowo, pomału się rozwija i jest naszym szczęściem… Marysia, Gabi, Wercia, Tadzik…..Stefciu, czekam na Ciebie, Skarbie!

Wielodzietność – imbirowa?

Jaki więc smak ma moja wielodzietność? Skąd pomysł na imbir?

Imbir ma w sobie niesamowite piękno, ale i oryginalność. Nie każdy go lubi, nie każdemu smakuje. Ma niezwykły, niepowtarzalny aromat. Rozgrzewa, wzmacnia, dodaje zdrowia i sił. Ale jest też ostry. I wymagający. Więc jakoś w tym szlachetny…

Tyle wyzwań i tyle piękna w tej wielodzietności… że aż poprosiliśmy znajomego – Piotra Bukojemskiego – żeby zrobił mały zapis filmowy naszego imbirowego naparu… częstujcie się! 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *